Ostatnio Mario stał się moim małym szaleństwem: wszędzie, gdzie tylko nie spojrzę, widzę jego postać. Popularna jest ona bardzo, zwłaszcza wśród konsol Nintendo (co jest logiczne). Widziałem już masę gier z nieco otyłym hydraulikiem na pierwszym planie: zręcznościówki, platformówki, gry RPG - wszystkie pozycje smakowałem powoli, lecz z dużym apetytem i zaangażowaniem. Radość sprawiał mi widok nowej pozycji z Mario (to się chyba nie odmienia?), teraz jednak sam nie wiem, co mam czuć. Nowa pozycja z główną maskotką Nintendo, której tytuł został dodatkowo wzbogacony o imię słynnego goryla,
Donkey Kong'a. - No cóż - mówię, - Zobaczymy!
Po raz kolejny mamy do czynienia z platformówką, o czym wiadomo bez dwóch zdań - co jak co, ale należy powiedzieć, iż Mario spełnia doskonale swoją rolę będąc umieszczonym w tych klimatach. Tym razem jednak zmienił się cel i struktura gry - już nie ratujemy księżniczki z rąk okrutnego Bowsera (Kupy) - tym razem staramy się dorwać równie złego Donkey Kong'a, który ukradł pieniędzy co niemiara. Powiedziałem wcześniej, że zmieniła się także struktura gry - co do tego można poczuć mały niedosyt, więc przybliżę kilka szczegółów dla jaśniejszego spojrzenia na sprawę.
 Mario używa wielkiego młota do rozwalania przeciwników
|
Przede wszystkim zmianie (w stosunku do najsławniejszej serii gier na GBA -
Super Mario Advance i innych platformówek na tę konsolkę, gdzie Mario występuje jako bohater główny) uległy poziomy, po których się poruszamy. Teraz nie pędzimy tylko w prawo w stronę, wydawałoby się, niekończącej się drogi. W
Mario vs. Donkey Kong poruszamy się po z góry określonej pod względem rozmiarów planszy najeżonej pułapkami, potworami i bonusami. Cała rozgrywka polega na znalezieniu klucza do drzwi i wydostaniu się przez nie do następnego poziomu. Klucz, o którym mowa, jest zazwyczaj sprytnie ukryty i aby się do niego dostać należy przełączać przyciski, przechodzić przez teleporty, przeskakiwać duże przepaści i tak dalej, i tak dalej. To wszystko nie udałoby się naszemu bohaterowi bez specjalnych umiejętności, którymi łaskawie obdarzyła go korporacja Nintendo. I tak oto Mario pokonuje oponentów podnosząc kosze na śmieci i rzucając je na nich, rzucając ich własnym ciałem lub chociażby używając wielkiego młotka. Poza tym ma on do dyspozycji szereg manewrów nieprzydatnych w walce, jednakże mających niemały wpływ na rozgrywkę. Chodzi tutaj o wszelakie skoki z przewrotem, huśtanie się na poręczy czy chodzenie na rękach (niemalże nieprzydatne). Całość byłaby nieciekawa, gdyby nie Mario - to on nadaje uroku całej tej produkcji.
 Akrobatyka to hobby hydraulika
|
Strona techniczna gry nie jest najlepsza, ale jak na rok 2004 (w którym gra została wydana), całkiem przyzwoita. Grafika nie jest najładniejsza, lecz można o niej powiedzieć sporo dobrego. Postaci są małe, co ma swój urok. Ich animacje są płynne, ładne i dopracowane. Przejdźmy jednak do plusów strony technicznej, do których zdecydowanie zalicza się dźwięk. Odgłosy wydawane przez głównego bohatera są zabawne, dobrze oddane i…znane nam już z innych gier z Mario (akurat to jest zaleta). Tak oto zaczynając zabawę usłyszymy charakterystyczne dla hydraulika „Let’s a go!”, a kończąc „Oki doki”. Całość jest podzielona na sześć różnych rozdziałów, w każdym z nich do przejścia jest sześć zwykłych poziomów oraz jedna walka z Donkey'em, a także minigra. Jest tego dużo, co dobrze wpływa na ocenę gry.
Mario vs. Donkey Kong to ogólnie dobra, choć nieco niedopracowana produkcja – mimo wszystkich wad myślę jednak, iż śmiało można ją polecić szerokiej grupie odbiorców. Chodzi tutaj zarówno o dzieci w bardzo młodym wieku, jak i młodzież, a nawet dorosłych - z pewnością wszyscy mogą spędzić przy niej wspaniałe, niezapomniane chwile.