Gdy po raz pierwszy zobaczyłem tę grę, pomyślałem: „karykatura Indiana Jones’a”. Gdy jednak spojrzałem po raz kolejny spostrzegłem, iż jest to zupełnie inna gra przygodowa, nienawiązująca pod wieloma aspektami do głównego bohatera (choć można rzec: jest on do Indy’ego podobny).
Zabawę rozpoczynamy od tego, gdy tytułowy Jack (przystojnym go nazwać nie można – no, może taki jest, na swój sposób) podejmuje się tajemniczej misji. Jako że panuje okres kolonialny, a mężczyzna jest ubogim materialnie kapitanem statku, postanawiamy mu pomóc - cóż, w końcu na czymś gra musi polegać. Po rozpoczęciu rozgrywki trafiamy do miasteczka zwanego Cape Town – z tego miejsca musimy dotrzeć do bliżej nieokreślonej wysepki, znajdującej się gdzieś na Oceanie Indyjskim – wbrew pozorom nie będzie to proste zadania. Po drodze czeka nas wiele przygód i rozmaitych zagadek – co w końcu przy tym gatunku gry nie może dziwić. To jednak nie koniec głównej fabuły – w końcu byłaby nieco zbyt prosta. Po jakimś czasie nasza lista zadań powiększa się – początkowo zaczynamy zbierać pieniądze na wyprawę, by zaraz później – po poznaniu agentki , rozwiązać zagadkę jej porwania. Całość jest dynamiczna i składa się z piętnastu rozmaitych, obszernych lokacji – te zaś podzielone są na mniejsze sub-lokacje, dzięki czemu zabawa szybko się nie nudzi.
Keane nie jest sam w swojej wyprawie: pomaga mu piękna, nowopoznana kobieta, Amand’a. Jest ona osobą o bardzo krągłym biuście (czego nie da się nie zauważyć), dużej odwadze i chęci pozyskiwania nowych znajomości – oczywiście wyłącznie w celach zarobkowych. Jest dziewczyną lubiącą ryzyko, niezależną: podczas gry niejednokrotnie okaże się dla nas olbrzymim wsparciem. Podczas gry pokierujemy więc nie tylko poczynaniami głównego bohatera, ale także jego seksownej przyjaciółki.
Jack Keane to gra nieskomplikowana, o dużej dawce humoru – przypominająca nieco krótki komediowy sitcom. Cechy te czynią ją dostępną dla ludzi w niemal każdym wieku. Naturalnie jest to tytuł skierowany do fanów przygotówek a’la
Sam & Max - niewymagających wiele myślenia, choć bardzo wciągających point’n’click’ów. Moim zdaniem jednak poważną wadą jest to, iż grę tę można przejść w 20, góra 25 godzin – toż to zaledwie trzy dni roboty (jak na moje tempo).

O czym ona może myśleć?
Szczególną rzeczą, na którą chciałbym zwrócić uwagę, jest grafika. Muszę powiedzieć, że urzekła mnie niesamowicie: po zobaczeniu wspaniałej oprawy, z jaką zetknąłem się przy grze
Sam & Max (ostatnia przygotówka, którą w pełni udało mi się przejść), miło jest zobaczyć podobne animacje i wykonaną w podobnym klimacie grafikę: mimo, iż nie jest to gra
Telltale, lecz równie (a może nawet bardziej) znanego
Deck13. Koncern ten wsławił się popularną serią
Ankh i powinien być znany wszystkim fanom dobrych, klimatycznych gier przygodowych. Kilka słów dla tych, którzy nie widzieli wcześniej wspomnianej produkcji
Telltalle? W pełni trójwymiarowa grafika, płynne animacje przypominające te znane z kreskówek oraz dużo śmiesznych momentów i nawet 250 różnych, gotowych do użycia obiektów, które można łączyć, używać i modernizować
Jack Keane nie jest grą o jakichś gigantycznych wymaganiach sprzętowych. Nie wnosi również wiele do swojego gatunku, a także nie posiada jakichś olbrzymich lokacji i zachwycającej oprawy, z licencjonowanymi utworami znanych artystów. Mimo tego wszystkiego na tę grę czekają tysiące graczy z całego świata – wiedzą bowiem o możliwościach i aspiracjach jej twórców. I ja do nich się zaliczam.